A. Cole & C. Bunch
Sten
. 28 .
Muzeum Sekcji Modliszki było małym, kwadratowym budynkiem z
połyskującego czarnego marmuru. Nie miało żadnych inskrypcji ani oznaczeń.
Sten powoli doszedł do drzwi. Położył palec na końcówce i
poczekał chwilę, zanim komputer Modliszki przeszukał swoją bazę danych i
pozwolił mu wejść. Zrobił krok do środka i rozejrzał się dookoła. Drzwi za nim
zamknęły się cicho. Bliźniacze promienie światła namierzyły go, zbadały
dokładnie i zdecydowały, że może zostać.
Muzeum stanowił pojedynczy, wielki pokój, oświetlony jedynie
lampkami przy poszczególnych gablotach. Sten zauważył Mahoneya na drugim końcu
sali i ruszył w jego kierunku, spoglądając na mijane eksponaty. Jakiś kombinezon
bojowy. Osmalone dokumenty, starannie oprawione. Wypalone maszyny. Noga czegoś,
co zapewne było olbrzymim gadem. Nie było żadnych tabliczek objaśniających, skąd
one pochodziły, ani jakie wydarzenia upamiętniały. Tak naprawdę jedyna
inskrypcja widniała na ścianie, przy której stał Mahoney. Nazwiska, od podłogi
do sufitu, straty poniesione przez Sekcję Modliszka, bohaterowie albo przegrani,
to zależy od punktu widzenia.
Mahoney westchnął, obracając się do Stena.
- Cały czas szukam mojego własnego nazwiska na tej liście -
powiedział. - Jak dotąd, nie miałem szczęścia.
- To po to pan mnie wezwał, pułkowniku? Żebym mógł wyrzeźbić tu
moje? Oszczędzić Modliszce kłopotu i wydatku?
Mahoney zmarszczył brwi.
- I dlaczego mielibyśmy to robić? Sten wzruszył ramionami.
- Zawaliłem sprawę. Zabiłem Vinnettsę.
- I wydaje ci się, że miałeś jakiś wybór? Że to było zmęczenie
walką? Że ona się załamała? Że powinieneś umieć sobie z tym poradzić?
- Coś w tym rodzaju.
Mahoney zaśmiał się. Krótkim, gorzkim śmiechem.
- No cóż, niechętnie zburzę twoje romantyczne złudzenia, Sten.
Ale V'mnettsa nie załamała się. Naprawdę próbowała cię zabić.
- Ale dlaczego?
Mahoney poklepał go po ramieniu. Potem sięgnął do kieszeni,
wyciągnął z niej piersiówkę. Wręczył ją Stenowi.
- Pociągnij sobie trochę. Wyłożę ci to jasno.
Sten przełknął kilka dużych łyków. Podał flaszkę Mahoneyowi,
ale ten ją odepchnął.
- Zatrzymaj. Będzie ci potrzebna.
- Bardzo proszę o wybaczenie, panie pułkowniku, ale...
- Ona była mordercą, Sten. Bardzo wysoko płatną
profesjonalistką.
- Ale przecież została sprawdzona przez służbę bezpieczeństwa
Modliszki.
Mahoney pokręcił głową.
- Nie, to Vinnettsa została sprawdzona. Kobieta, którą zabiłeś,
nie była Vinnettsą. Zabrało to nam jakiś czas, ale rozpracowaliśmy problem.
Prawdziwa Vinnettsa umarła przy wyjeździe. Zdarzyło się to na jednym z
pionierskich światów, więc nie dostaliśmy powiadomienia natychmiast. Pewien
urzędnik, o nazwisku Frazer, przyjął raport, a potem go skasował. Torując drogę
dla morderczyni, aby mogła zająć jej miejsce. - Co się stało z tym Frazerem?
- Zabity. Zapewne morderczyni zacierała ślady.
Sten zastanowił się. To miało sens. Ale i nie miało żadnego
sensu.
- Dlaczego ktokolwiek chciałby zadać sobie tyle trudu dla mnie?
To musiało kosztować stosy kredytów.
- Nie wiemy.
Sten zastanowił się nad listą swoich wrogów, no i znalazł
kilku. Może nawet takich, co mogliby zabić. Ale oni zrobiliby to w barze albo w
bocznej uliczce. Pokręcił głową.
- Nie mam pojęcia, kto to może być.
- A ja mam. Vulcan.
- Niemożliwe. No jasne, ścigali mnie. Ale byłem tylko
Buntownikiem. Nikim. Nie, nawet te zakute łby na Vulcanie nie zatrudniłyby
mordercy, żeby dopaść kogoś takiego jak ja.
- Ale właśnie oni to zrobili.
- Kto? I dlaczego?
Mahoney skinął w stronę flaszki. Sten podał mu ją, pułkownik
pociągnął duży łyk.
- Jest jeden sposób, aby się dowiedzieć - stwierdził.
- Jaki?
- Sonda pamięciowa.
Stenowi przebiegły ciarki po skórze, gdy przypomniał sobie
obraz tych po praniu mózgu. I Orona.
- Nie.
- Nie podoba mi się to wcale bardziej niż tobie, synu
powiedział Mahoney. - Ale to jedyny sposób.
Sten pokręcił głową.
- Posłuchaj. To ma coś wspólnego z tą misją, na którą wysłałem
ciebie i twoich przyjaciół.
- Ale przecież nic nie załatwiliśmy.
- Coś mi się wydaje, że ktoś myśli, że wam się udało.
- Thoresen?
- On sam.
- Ale ja wciąż nie...
- Obiecuję, że nie sięgnę głębiej, niż trzeba. Skoncentruję się
na tych ostatnich kilku godzinach, które spędziłeś na Vulcanie.
Sten wziął flaszkę od Mahoneya. Wypił duży łyk. Myślał. W końcu
powiedział:
- Dobra. Wchodzę w to.
Mahoney położył mu rękę na ramieniu, poprowadził w kierunku
drzwi.
- Tędy - powiedział. - Samochód czeka.
|